czwartek, 3 września 2009

NAJLEPSZE ALBUMY W HISTORII HIP-HOPU cz. 3 - Public Enemy - It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back (1988)

Rewolucyjne brzmienie Bomb Squadu nie polegało na tworzeniu „pięknych” melodyjek typu vst i dorzucaniu plastikowych perkusji cykających beznamiętnie w tle, co wydaje się być w dzisiejszych czasach najlepszym sposobem na wyprodukowanie dobrego bitu. Bomb Squad to brudny, szalony i w stu procentach funkowy groove, którego nikt nie ogarnąłby lepiej niż Flava i Chuck droppin’ knowledge na mikrofonie.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Groove B Chill - Starting From Zero (1990)

Pewnie niewielu z was kojarzy grupę Groove B Chill - i nic dziwnego, wszak nie dość, że wypuścili tylko jedną płytę, to przeszła ona raczej bez echa, lecz nie zmienia to faktu, że warto zainteresować się tym krążkiem. Owszem, być może lekką przesadą byłoby "pośmiertne" oddawanie wielkiej czci temu materiałowi i umieszczaniu go na listach klasyków, ale trudno też nie wspomnieć o jednej z pierwszych produkcji Pete Rocka, który wraz z producentami tego formatu jak m.in Prince Paul i Howie Tee pracował nad "Starting From Zero".
Już okładka, przedstawiająca twarze trzech członków zespołu na tle kolorowych, kwiecistych wzorków przywołuje na myśl 3ft High And Rising, które pojawiło się rok przed wydaniem jedynej (jak na razie, lecz czy jest sens wierzenia w reaktywację po 20 latach?) płyty Groove B Chill. Uogólniając, można trzymać się tego skojarzenia z pierwszym De La Soul również pisząc o brzmieniu albumu. Pamiętasz "Jenifa Taught Me"? Albo "Potholes In My Lawn"? Te popowe breaki rodem z lat 60, organki, zapętlone perkusje? Tak właśnie brzmi duża część "Starting From Zero". Do tego troche Golden-Agowej klasyki od Pete Rocka - brudne perki, funkowe linie basu. No i znajdzie się z 1 kawałek utrzymany w stylistyce r'n'b bardziej. No tak, było już o produkcji, wspomnijmy słówko na temat Mc's. Tu nie ma właściwie wiele do powiedzenia - nie wyróżniają się niczym, lecz całkiem poprawnie ogarniają podkłady na jakich dane im było rymować okraszając je czasem śpiewnymi wstawkami. Płyta jest krótka - trwa mniej niż 40 minut, ale to w zupełności wystarcza, nie ma bowiem w sobie tego "czegoś" co powodowałoby, że przesłuchiwalibyśmy godzinny album, po czym chcieli "jeszcze raz". To przeciętniak (ale nie w złym tego słowa znaczeniu) - po prostu zwykła płyta. Sprawdźcie - przede wszystkim dla bitów.



czwartek, 4 czerwca 2009

NAJLEPSZE ALBUMY W HISTORII HIP-HOPU cz. 2 - De La Soul - 3ft High And Rising (1989)

Za niekonwencjonalne (jak na 89 rok) sample (choć nie we wszystkich trackach) i ich kreatywne wykorzystanie, za skity, za komiks we wkładce płyty, za podejmowanie niebanalnych tematów, za zabawę słowem, za paradoksalną spójność materiału, mimo jego rzekomej rozlazłości i za niefortunne stanie się "hippies of hip-hop".



piątek, 1 maja 2009

NAJLEPSZE ALBUMY W HISTORII HIP-HOPU cz. 1 - Boogie Down Productions - Criminal Minded (1987)

Rozpoczynam tym postem taki mini-cykl. Bez miejsc, nie mam ulubionej płyty, nie lubię wysuwać czegoś na pierwsze miejsce, mogę ew. wyróżnić coś wyjątkowo dobrego i temu służyć ma ta lista

Na pierwszy ogień:
Boogie Down Productions - Criminal Minded (1987)
Absolutny klasyk nowojorskiego hardkoru. Nie słyszałeś - bez obrazy, ale nie masz dużo do gadania w kwestii hip-hopu. I to nie tylko hip-hopu złotej ery. Stare automaty perkusyjne wygrywające zupełnie banalne i mało zaawansowane sekwencje - owszem, to sprawia wrażenie czegoś całkiem standardowego jak na tamta epokę i w istocie inaczej nie jest, ale niby to tylko banalne napierdalanki plus sample ze starych 45 ze strychu Ceda Gee (jęki Jamesa Browna i używane miliard razy trąbki ze Sly & Family stone czy innego The Winstons raczej na porządku dziennym), a jednak całość posiada ową przebojowość (w końcu to Kris na mikrofonie!), na której w żadnym wypadku nie ucierpiał prosty uliczny przekaz, autentyczność i HARDKOR materiału. I pamietajcie - hip-hop narodził się na Bronksie, a crack zabija!


niedziela, 22 lutego 2009

MOVEMENT EX. BARDZIEJ EASTCOASTOWE KLIMATY WPROST Z KOLEBKI WESTCOASTU.

Przeglądając kiedyś węgierskie forum hiphop.hu, a konkretniej dział "oldschool rapmusic 75-95" natknąłem się na ciekawie zapowiadającą się (wnioskowałem wtedy wyłącznie po okładce) płytkę nieznanego mi wcześniej zespołu, Movement Ex. Po przesłuchaniu znalezionego przeze mnie gdzieś w necie "I Deal With Mathematics" zainteresowałem się tą grupą, a mojej zajawki nie popsuł kolejny przesłuchany przeze mnie kawałek - tym razem singiel - "Freedom Got Shotgun". W chwili obecnej jestem już po wielokrotnym przesłuchaniu ich jedynego albumu, zwącego się po prostu "Movement Ex" i muszę powiedzieć, że całość stoi na zaskakująco wysokim poziomie. Mamy do czynienia z duetem MC / Raper pochodzącym z Los Angeles (MC Lord Mustafa Hasan Ma'd oraz DJ King Born Khaaliq). W tekstach poruszane są przede wszystkim problemy młodych afroamerykanów, jednak nie omijane są także inne tematy - np. kwestia zanieczyszczenia środowiska itp. Zarówno lirycznie, jak i muzycznie, widać, że chłopcy czerpią sporo z twórczości Public Enemy - szybkie, mocne bity na hardcorowych samplach (wyraźnie eastcoatowych plus troszke elektroniki, no i nie ma tego "brudu"), flow (no i oczywiście teksty) troszkę jak u Chucka D, jednak mimo to, trzeba przyznać, że grupa ma swój własny styl i potrafi "sprzedać" słuchaczowi to, co ma do zaprezentowania. Niestety płyta nie ustrzegła się wad. Przede wszystkim - jak na to, że całość utrzymana jest w podobnym, dosyć jednostajnym klimacie - jest trochę za długa. Słuchacz dobrze się przy niej bawi, ale gdzieś przy 12-13 kawałku (a jest ich 17) zacznie się nudzić. Wtedy najlepiej płytkę wyłączyć i dosłuchać za innym razem, albo po prostu słuchać pojedynczych tracków. Mimo, iż płyta nie zwojowała wiele na rynku i nie stała się też klasykiem hip-hopu, pozostanie mniej utytułowanym, ale cały czas bardzo dobrym albumem. Szkoda, że nie nagrali nic poza "Movement Ex"


okładka albumu




singiel "united snakes of america"

piątek, 6 lutego 2009

THE BLACKWATCH MOVEMENT

The Blackwatch Movement to kolektyw zrzeszający radykalne, afrocentryczne grupy hip-hopowe podejmujące się tematów związanych głównie z dyskryminacją rasową czarnoskórego obywatela Stanów Zjednoczonych. Być może nigdy nie osiągnęły wielkiego sukcesu komercyjnego i nie wywołały wokół siebie burzy medialnej, tak jak działo się to ze słynnym "Czarnym CNN", czyli nikim innym, jak Public Enemy, lecz mimo to, twórczość X-Clanu i innych artystów zrzeszonych w organizacji Blackwatch jest z pewnością godna odnotowania.

Najważniejsi Członkowie:

X-Clan - oryginalnie w skład zespołu wchodzili Professor X (nieformalny lider grupy, zajmował się po części produkcją, lecz zapamiętany został przede wszystkim dzięki charakterystycznemu zdaniu zaczynającemu się od "this is protected, by the red, the black and the green" na początku większości utworów), Paradise The Architect (główny producent), Brother J (rap; bardzo przyjemny głos, flow też niczego sobie) i Sugar Shaft (czym on właściwie się zajmował? Patrząc na pełną wersję ksywki - Sugar Shaft The Rhythm Provider, można wywnioskować, że również bawił się w produkcję). W 1990 nagrali "To The East, Blackwards", dobrą, muzycznie zrównoważoną, przyjemną dla ucha, a także niosącą ważne przesłania w tekstach płytę. Mimo promocji w postaci imprezowo brzmiącego "Funkin Lesson" i wyraźnie zaangażowanego "Raise the Flag" na tłustym, lecz bardziej "sentymentalnym" tym razem podkładzie, płyta nie osiągnęła mainstreamowego sukcesu. Nie zniechęciło to jednak grupy i już w 1992 roku nagrali "Xodus" - podobny klimatycznie i równie porywający co poprzednik album. Po raz kolejny nie osiągnięto zawrotnych wyników w sprzedaży i mimo poważania jakim darzono grupę w środowisku hip-hopowym, X-Clan rozpadł się. Co prawda członkowie grupy dalej udzielali się jako aktywiści społeczni, a Professor-X nagrał parę dobrych płyt, lecz na powrót X-Clanu, musiano jeszcze czekać. I mimo przykrych wydarzeń - śmierci Sugar Shafta, a następnie, w 2006 roku Professora X-a, zespół powrócił. Niestety jedynym oryginalnym członkiem pozostał Brother J. Płyta "Return From Mecca" to niezła, nowoczesna porcja hiphopu, lecz moim skromnym zdaniem, bez legendarnego "This is protected (...)" a za to z bitami kilkunastu, głównie mało znanych producentów i rapem wielu nowych, niestety niczym nie wyróżniających się mc's, to już nie jest to samo... Chociaż może nie musi to być to samo? Wszystko się zmienia, zmienił się więc X-Clan... Na zakończenie dodam - dosłownie na dniach, bo pod koniec stycznia, pojawiła się najnowsza płyta zespołu. Jej tytuł to "Mainstream Outlawz". Poza tytułem, nie wiem o niej nic, lecz z chęcią w przyszłości ją sprawdzę. To by było na tyle, lecz nie wykluczam, że wrócę do tematu zespołu X-Clan w przyszłości, lecz zapewne w innym już kontekście.

Unique and Dashan - duet typu dj-raper. Ich płyta z 1989 roku była najprawdopodobniej pierwszym wydawnictwem związanym z organizacją Blackwatch. Produkowana przez Paradise'a wraz z Professorem X-em oferowała całkiem niezłego mc (Unique) na bardzo dobrych, elektronicznych miejscami, lecz opierających się głównie na samplach bitach (standard złotej ery). Więcej materiału niestety nie wydali, lecz tę jedną warto obczaić choćby dla usłyszenia Professor-x-owskiego "this is protected (...)";). Z tego co czytałem, dj Dashan niestety odszedł (cóż to za klątwa nad blackwatch, tylu z nich odeszło, i to w młodym wieku), natomiast Unique promuje się za pomocą myspace, gdzie opublikował niedawno ciężkostrawny jak dla mnie kawałek (nie lubię tych nowych bitów!).

Isis - wiem tylko, że wydała w 1990 płytę "Rebel Soul". Nie słyszałem nic od niej poza utrzymanym w bardzo x-clanowym klimacie (funkowe sample, charakterystyczne "disco" perkusje), chwytliwym singlu "The Power Of Myself Is Moving".

Professor X- Tak, Professor wydał solowo 2 krążki. Tylko to gadanie miast rapowania może męczyć, co nie oznacza że płyty nie są dobre.

Queen Mother Rage - kolejna pani w teamie. W 1990 wydała "Vanglorious Law". Z tego co wiem, muzycznie reprezentuje coś w klimacie X-Clanu i Isis.

Warto dodać też o pobocznych członkach The Blackwatch Movement. Wymienia się tutaj miedzy innymi YZ oraz Stetsasonic (!).

To by było tyle na dziś. Poniżej parę fotek związanych z moim postem: