poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Groove B Chill - Starting From Zero (1990)

Pewnie niewielu z was kojarzy grupę Groove B Chill - i nic dziwnego, wszak nie dość, że wypuścili tylko jedną płytę, to przeszła ona raczej bez echa, lecz nie zmienia to faktu, że warto zainteresować się tym krążkiem. Owszem, być może lekką przesadą byłoby "pośmiertne" oddawanie wielkiej czci temu materiałowi i umieszczaniu go na listach klasyków, ale trudno też nie wspomnieć o jednej z pierwszych produkcji Pete Rocka, który wraz z producentami tego formatu jak m.in Prince Paul i Howie Tee pracował nad "Starting From Zero".
Już okładka, przedstawiająca twarze trzech członków zespołu na tle kolorowych, kwiecistych wzorków przywołuje na myśl 3ft High And Rising, które pojawiło się rok przed wydaniem jedynej (jak na razie, lecz czy jest sens wierzenia w reaktywację po 20 latach?) płyty Groove B Chill. Uogólniając, można trzymać się tego skojarzenia z pierwszym De La Soul również pisząc o brzmieniu albumu. Pamiętasz "Jenifa Taught Me"? Albo "Potholes In My Lawn"? Te popowe breaki rodem z lat 60, organki, zapętlone perkusje? Tak właśnie brzmi duża część "Starting From Zero". Do tego troche Golden-Agowej klasyki od Pete Rocka - brudne perki, funkowe linie basu. No i znajdzie się z 1 kawałek utrzymany w stylistyce r'n'b bardziej. No tak, było już o produkcji, wspomnijmy słówko na temat Mc's. Tu nie ma właściwie wiele do powiedzenia - nie wyróżniają się niczym, lecz całkiem poprawnie ogarniają podkłady na jakich dane im było rymować okraszając je czasem śpiewnymi wstawkami. Płyta jest krótka - trwa mniej niż 40 minut, ale to w zupełności wystarcza, nie ma bowiem w sobie tego "czegoś" co powodowałoby, że przesłuchiwalibyśmy godzinny album, po czym chcieli "jeszcze raz". To przeciętniak (ale nie w złym tego słowa znaczeniu) - po prostu zwykła płyta. Sprawdźcie - przede wszystkim dla bitów.